Sur les Traces des Ducs de Savoie – piękne 25 godzin

Większość to sprawa głowy. A może wszystko to sprawa głowy…

Dwa lata temu nie ukończyłem TDS, czyli 120 km trasy o przewyższeniu 7200 metrów wokół masywu Mt Blanc. Cztery i sześć lat wcześniej ukończyłem CCC (100 km) i UTMB (170 km).

Zejście z trasy dwa lata temu było spowodowane zawiedzionymi ambicjami. W połowie dystansu już bez szans na zakładany rezultat. To błąd, który popełnia wielu amatorów, ale również popełniają Ci najlepsi. Tym razem wiedziałem, że muszę ukończyć. I zrobiłem to bez problemu. No może jedynie godzinę dłużej byłem na trasie niż chciałem.

Chamonix ma w sobie coś magicznego co skłania do tego, żeby ciągle tam wracać. Przepiękne dostojeństwo Białego Szczytu oraz atmosfera święta ludzi oddanych swojej pasji. Tego roku przyjechałem dokończyć sprawy, których nie skończyłem w 2015 roku.

Start do TDS jest jeszcze przed świtem, a wschód Słońca obserwuje się w drodze na pierwszy szczyt  – Col Chavannes (2603 m n.p.m.). Potem już na wysokości 2000 metrów nad poziomem morza biegnie się przez kilka godzin, by po przejściu przełęczy Col du Petit Saint Bernad, zbiec w połowie trasy do Bourg Saint Maurice .

Do tego czasu wszystko szło wyśmienicie. Jednak już na zbiegu Słońce było wysoko na niebie, a dla mnie zaczęły się ciężkie chwile, bo dramatycznie wzrosła temperatura. Niestety najgorętsza pora dnia wypadła na mozolną wspinaczkę na Col de la Forclaz. (2369  m n.p.m.) i przełęcz Passeur de Pralognan (2567 m n.p.m.).

Tempo spadło, potrzebne były chwile odpoczynku, tam straciłem pierwsze kilkadziesiąt minut do mojego zakładanego czasu. Po wizycie na punkcie Cormet de Roseland było znów lepiej. Zjadłem, wypiłem i pobiegłem dalej. Powoli zaczęło zmierzchać. Czas sobie płynął, a ja płynąłem wraz z nim. Przez alpejskie łąki, wspinając się na strome zbocza i przekraczając wartkie strumienie.

Dobrze mi było. Widoki zapierały dech w piersiach i pieściły moje zmysły. Biegłem ścieżką wykutą w skale, biegłem przez wiszący most nad rwącą rzeką. Zrobiło się chłodniej. Odetchnąłem.  Zbieg do Les Contamines już mi się dłużył. Na samym punkcie czułem duże zmęczenie. Ruszyłem dalej. Powoli noga, za nogą zacząłem się wdrapywać na ostatni szczyt Col de Tricot (2120 m n.p.m.).

Kiedy dotarłem wyżej zamarłem. Tam gdzieś wysoko w górze oświetlenie organizatora migało na przełęczy pośród gwiazd na niebie. Do tego miejsca wiódł sznur lampek. Ależ to jest wysoko! Po bliżej nieokreślonym czasie dotarłem. Niestety cenne minuty znowu mi uciekły. Potem jednak już tylko na dół. 10 km przed metą nabrałem nowych sił, pokonałem je szybkim biegiem, wyprzedzając na tym odcinku ok. 30 osób. Szczęśliwy wbiegłem na metę, zanim minęło 25 godzin od startu. Na mecie czekali najbliżsi.

Skończyłem na  339 miejscu spośród 1600 tych którzy stanęli na starcie. Jestem zadowolony, choć chciałem ciut szybciej. Ciągle jeszcze dużo do zrobienia przede mną. Ale mam chęć i siłę by się z tym zmierzyć.

Sport, przygoda, sposób by doznawać więcej i głębiej. Przede wszystkim by posiąść wspomnienia które będą nam towarzyszyć do końca naszych dni, wspomnienia które składają się na nasze życie. Wrócę tam pewnie znów, być może na OCC (48 km), którego mi brakuje, być może by niespiesznie pochodzić po szlakach, być może tylko kibicować  dzieciom, a być może pobiec kiedyś z nimi..