Spojrzenie wstecz…

Nawet nie wiem kiedy minął 2016 rok. Już mamy luty, już przygotowania do nowego sezonu w najlepsze..

A jaki był ten miniony rok pod względem sportowym ? Taki sobie… poniżej krótkie podsumowanie.

Zwykle początek sezonu tak układam, żeby pościgać się trochę na asfalcie, tak było i w tym roku. 10km, 21km i 42 km. Najpierw „u siebie” czyli w Parku Śląskim biegiem na 10 km – relacja tutaj – było przyzwoicie, pogoda dopisała a ja co prawda nie zrobiłem życiówki – pobiegłem 38:06 czyli ponad pół-minuty wolniej, ale miałem nadzieję że jakoś to będzie.

Potem był Półmaraton Marzanny. Lubię Kraków, lubię ten bieg bo zwykle jest dosyć zimno co mi odpowiada, niestety tym razem było do tego strasznie wietrznie. I znowu rezultat dobry, ale … gorszy od mojego rekordu 0 27 sekund. Tym razem na mecie byłem po 1 godz. 23 min. i 25 sekundach. Relacja z biegu pod tym linkiem.

I przyszedł czas na cel główny wiosenny – Maraton. Postawiłem na Łódź. Impreza dobrze reklamowana, termin pasował no i organizator obiecywał, że trasa łatwa i płaska. Cel : oczywiście łamanie trójki !! Sama impreza okazała się trochę nijaka, przygotowana w miarę poprawnie ale zdarzyła się też duża wpadka – w ostatniej chwili na start nie dotarł pacemaker na 2:59, szkoda, bo jednak w grupie łatwiej. Ale jak się później okazało, nie to stało się główną przyczyną porażki (tzn. zabrakło 2-ki z przodu). Maraton odbywał się 15 kwietnia i do tej pory pogoda była wiosenna , tzn nie przekraczała temperatura kilkunastu stopni, okazało się że aura na ten weekend przewidziała pierwsze poważne ocieplenie.. po godzinie od startu zrobiło się około 25 stopni. Dla mnie masakra… I mimo, że dosyć długo tempo trzymałem prawidłowe, z czasem utrzymać je było coraz trudniej. Nie było tak jak kiedyś w Warszawie nagłego odcięcia prąd, legendarnej ściany. Myślę że byłem dobrze przygotowany, ale upał spowodował systematyczny spadek tempa o kilka, a potem kilkanaście sekund na kilometr. Na metę przybiegłem z czasem 3:06 . Trzecia próba nieudana. W takim razie będzie czwarta. Tylko jeszcze nie wiem kiedy.

Po asfaltowych przygodach, przyszła pora na góry !! Na początek Koniczynka Trail Marathon. Nieraz pisałem już, że uwielbiam tą imprezę (tu w 2014, tu w 2015). Nie inaczej tym razem. cudowna atmosfera, piękne widoki. Nawet pogoda się udała bo nie było upału ale trochę deszczu. To mnie niestety zgubiło. Na pierwszej pętli, czyli gdzieś około 4-5 km, poślizgnąłem się na schodach i upadłem. Potłukłem się dosyć boleśnie i choć kontynuowałem bieg do 21 km, z powodu bólu, po „połówce”  musiałem zejść. Nie szkodzi. Przyjadę znów w przyszłym roku.

No i wreszcie prawdziwe górskie ultra !! – Beskidzki Topór. To pierwsza edycja tego biegu. Zapowiadało się ciekawie. trasa w mało uczęszczanym ale malowniczym Beskidzie Małym. Do wyboru krótsza (43 km) oraz dłuższa (73 km). Ja zdecydowałem się na dłuższą. Biuro zawodów zlokalizowano  na terenie bardzo ładnego ośrodka Zagroń. Wieczorem przed dniem startu odbyła się odprawa w kameralnym gronie, a o świcie następnego dnia staliśmy już na starcie. Trasa bardzo przyjemna, biegło się dobrze, tylko temperatura wraz z upływem czasu rosła. Do przedostatniego zbiegu trzymałem się w pierwszej dziesiątce zawodników, ale niestety w jednym miejscu na trasie zagapiłem się i pobiegłem około kilometra w złą stronę. Powrót na trasę kosztował mnie spadek o kilka pozycji, których już nie odrobiłem do mety usytuowanej pomysłowo zaraz za dosyć sporym strumieniem. Uzyskany czas 9:33, pozwolił na zajęcie 16 miejsca Open. Bardzo pozytywnie oceniam te zawody. Miła atmosfera, dobra organizacja, przyjemna trasa. Zwykle pierwsze edycje mają w sobie coś takiego wyjątkowego. Tak było z Chudym Wawrzyńcem i tak było z Łemkowyną. Potem te imprezy wraz ze wzrostem popularności coś nieodwracalnego straciły…

Przede mną wyzwanie roku 2016 ! Poskromić Diablaka !!! Czyli krótko mówiąc 3,5 km w wodzie, 180 na rowerze i ponad 40 km biegiem w górach z metą na szczycie Babiej Góry. Bałem się jak cholera. Nigdy nie pływałem w jeziorze dłużej niż 15 minut. Nigdy nie pływałem więcej niż 2000 metrów, kraulem pływam wolniej niż żabką,  rower szosowy kupiłem sobie w tym roku, jeździłem na nim dwa razy. A przede mną podobno najtrudniejszy Triathlon w Polsce, na długości Iron Man. I wiecie co ? Udało się … nie taki straszny Diablak jak go malują – wszystko przeczytacie w relacji Poskromiłem Diablaka, zapraszam, więc tutaj nie będę się powtarzał.

Potem był zasłużony odpoczynek i wakacje. Do ścigania w górach wróciłem w wrześniu podczas imprezy Garmin Ultra Race. Było bardzo sympatycznie. To również pierwsza edycja zawodów. Góry Stołowe to jeden z piękniejszych zakątków Dolnego Śląska. Wielu z Was znane są  te tereny z Maratonu Gór Stołowych. Tym bardziej cieszyłem się na ścianie w tych okolicach.  Przed biegiem organizator ogłosił że ambasadorem wydarzenia będzie pewien znany aktor. Rozpętało to burzę komentarzy i dowcipów. Mimo wszystko wydaje mi się że społeczność biegaczy jest bardo różni się od społeczności triathlonistów i taki zabieg marketingowy żywcem przeniesiony właśnie z imprez triathlonowych był bardzo chybiony. Sama organizacja bardzo udana. A trasa tak jak już wspominałem bardzo malownicza. Pod względem sportowym uznaje zawody za dosyć udane. Taktycznie wręcz idealnie. Zacząłem wolno i spokojnie, a do samej mety wyprzedzałem innych zawodników. Po pokonaniu ok. 55 km przybiegłem na 42 miejscu, z czasem 6:06. Pozostał nawet niedosyt, że mogłem biec szybciej, bo sił jednak trochę zostało. Generalnie warto kiedyś wrócić.

fot.Grzegorz WaloszczykMaratomania.pl

Zakończenie sezonu to miała być wielka uczta biegowa, czyli Łemkowyna Ultra Trail, w moim wydaniu najdłuższy dystans po raz 3. Za pierwszym razem zszedłem z trasy 10 km przed metą. Za drugim razem pokonałem całą trasę. W tym roku miałem uzyskać lepszy czas. I właśnie takie założenia w ultra bywają najbardziej ryzykowne. Tydzień przed zawodami skończyłem antybiotyk, wyraźnie osłabiony dotrwałem tylko do bacówki w Bartne .Warunki były wyjątkowo ciężkie, ale pokonała mnie choroba. Szkoda tak czasem bywa. Życzyłbym sobie innego zakończenia sezonu ale nic na to nie poradzę. Przyjadę w 2017 roku, choć chyba na inną trasę.

No i tak minął cały rok. Bez wielkich sukcesów, bez życiówek.  Do pozytywnych rzeczy zaliczam fakt, że  mój trening został uporządkowany pod okiem znakomitego zawodnika i trenera, do minusów to, że brak czasu i choroby znacząco wpłynęły na moje wyniki. Największy sukces to ukończenia Diablaka, a najboleśniejsza porażka to DNF na Łemkowynie.

Przed nami jednak nowy sezon i nowe wyzwania. I na tym się skupiam. Już niebawem więcej na blogu. Do zobaczenia.