Poskromiłem Diablaka.

Słabo pływam i rzadko jeżdżę na rowerze. Nawet nie mam roweru szosowego. Pianki też nie. Czy to przeszkoda, żeby wystartować w najtrudniejszym triatlonie w Polsce ? Absolutnie nie.

Przygotowania

Od jakiegoś czasu chodził mi po głowie pomysł, żeby zmierzyć się z triatlonem na dystansie Iron Man, a jako że lubię góry kiedy ogłoszono powstanie imprezy pod nazwą „Poskromić Diablaka” zacząłem nerwowo przeglądać oferty pianek. Ale był większy problem. Nie pływałem na otwartych wodach a mój kraul jest wolniejszy od żabki. W ogóle nie pływałem nawet na basenie więcej niż 1000 metrów za jednym razem. A tam ponad 3,5 km w jeziorze… Jeśli chciałem myśleć o skończeniu tych zawodów, musiałem wziąć się do roboty. Zimę spędziłem więc w miarę regularnie na basenie. Chciałem mieć pewność że w ogóle dam radę przepłynąć taką odległość. No i intensywnie zacząłem pracować nad moim kraulem. W efekcie na wiosnę rezultat był tak, że kraulem byłem w stanie pływać dłuższy czas ale w tym samym czasie co żabką, a do tego znacznie się męcząc. Pomyślałem trudno. Niech będzie żabka, wszak mogę nią płynąć długo i nie czuję zmęczenia, może zaprocentuje to na kolejnych etapach. W piankę też nie chciałem inwestować bo ten mój triatlon to taki mój wybryk jedynie. Bez problemu pożyczyłem w jednym z warszawskich sklepów. Minusem było tylko to, że pierwszy raz w życiu w piance (nie w tej konkretnej, ale w ogóle) miałem płynąć dopiero na zawodach.

Rzecz druga to rower. Owszem mam rower górski i jeżdżę od czasu do czasu z dziećmi do lasu. Ale tu trzeba roweru szosowego. Zamiast kupić, postawiłem na złożenie wg mojego pomysłu. W sumie wyszło fajnie i  taniej. Nie jest to jakaś super maszyna ale porządna rama Gianta z osprzętem 105/Ultegra. Wystarczy. Problem taki, że ukończyłem dopiero na wiosnę i w góry (na trasę zawodów zresztą) wybrałem się nim tylko raz. Co zrobić. Znacznie lepiej miała się rzecz z bieganiem. Tutaj sprzętu i treningów pod dostatkiem. W duchu powtarzałem sobie: dotrwać to momentu jak zejdę z roweru. Potem będzie już tylko lepiej.

Bazę zawodów i start zaplanowano w Żywcu. Rankiem w niedzielę mieliśmy zostać przewiezieni na tamę w Międzybrodziu Żywieckim, a stamtąd wpław do Żywca, tam dostajemy nasze rowery i dwie pętle po 90 km. Z powrotem na Rynek do Żywca i biegusiem prawie 45 km na szczyt Babiej Góry. Czyli luz. Największe obawy miałem z tym, czy się wyrobię w limicie na etapie pływackim. Reszty tak się nie bałem. Dodatkowo na etap biegowy, organizator przewidział obowiązkowych zająców tj.osoby do biegu razem z zawodnikami, oczywiście we własnym zakresie. Poprosiłem więc Bartka i Kamila, żeby mi towarzyszyli.  Będzie wesoło i towarzysko.

Pływanie

Z samego rana przewieziono nas z ośrodka nad Jeziorem Żywieckim gdzie usiłowaliśmy spać nad zaporę. Większość z uczestników już w piankach. Nad tamą, krótka rozgrzewka i wejście do wody. Trzeba było podpłynąć kilkadziesiąt metrów do stateczku, przytrzymać się burty i poczekać na sygnał. Z małym opóźnieniem, wreszcie się zaczyna ! Pewnie znacie to uczucie kiedy chcielibyście żeby już ruszyć, żeby się działo już co ma się dziać, byleby nie czekać w tej niepewności. Ja miałem taki plan, żeby spokojnie ruszyć moją żabką i trzymać stałe tempo do samego brzegu. Tak też zacząłem. O dziwo nie byłem jedyną osobą pływającą żabką, a nawet nie byłem ostatnią osobą w stawce, bo za mną byli zawodnicy płynący kraulem. Czołówka jednak szybko zniknęła. Nad wodą unosiła się mgła, a w utrzymaniu poprawnego kierunku pomagały nam bojki i łódki ratowników. Po godzinie i 40 minutach byłem szczęśliwy na brzegu. Jak udało się skończyć ten etap to musi się udać dobiec na szczyt. Choć okazało się, że to wcale nie takie pewne.

Rower

Kiedy zdjąłem piankę i wskoczyłem na rower ogarnęła mnie prawdziwa euforia. Jest piękny dzień, ja pokonałem etap pływacki, a przede mną 180 km pięknej górskiej trasy. To jest życie !! Etap rowerowy prowadził z Żywca do Szczyrku, przez przełęcz Salmopol, do Wisły, obok Pałacyku Prezydenckiego i Przełęcz Kubalonkę do Istebnej i Koniakowa i po ostatnim podjeździe na Ochodzitę przez Węgierską Górkę z powrotem do Żywca i tak dwa razy. Największe wyzwanie stanowią podjazdy, dosyć długie i strome po 3 na każdą pętle. Tam ta naprawdę rozegrał się ten etap i największa selekcja. Widziałem jak zawodnicy na rowerach za kilkanaście tysięcy zsiadali, bo brakowało im przełożeń. Czyżby nigdy nie jeździli po górach ? A ja powolutku do przodu. Po 4 godzinach i pokonaniu pierwszej pętli zaczął się nieznośny  ból w plecach. Myślałem więc tylko o tym żeby skończyć drugą pętle i stanąć na własnych nogach. Pod koniec trafił się jeszcze przelotny deszcz, który trochę schłodził atmosferę ale również spowodował że zrobiło się ślisko. Na szczęście nawet w dobrej formie dojechałem do mety tego etapu, zjadłem coś i ruszyłem na Babią Górę.

Bieg

Etap biegowy był w praktyce podzielony na dwie części. Do Korbielowa, asfaltem i trochę szlakiem, i z Korbielowa już tylko szlakiem na szczyt. Z rynku ruszyliśmy już wspólnie z Bartkiem, w roli mojego”zająca” . Czułem się nieźle, więc zaczęliśmy żwawo, ale po deszczu zrobiło się znów duszno i gorąco i kiedy zaczęły się podejścia, źle się poczułem. Było mi gorąco, kręciło się w głowie i bolał mnie brzuch. Od startu minęło już ponad 10 godzin i 17 godzinny limit zaczął się niebezpiecznie przybliżać. Przeżywałem ciężkie chwile, a Bartek przeżywał ciężkie chwile ze mną. Po małym odpoczynku na trawie, trochę się ogarnełem i tak na punkt kontrolny w Korbielowie wpadliśmy dokładnie o czasie kiedy kończył się limit czasowy w tym miesjcu. „Przejął” mnie Kamil i od samego początku zaczęła się walka o dotarcie do mety w regulaminowym limicie. Kamil był bardzo skrupulatny jeśli chodzi o utrzymywanie tempa i w zasadzie permanentnie mnie dopingował (i pilnował zarazem) do wysiłku, tak by nie stracić szans na finisz. Sam byłem zaskoczony jak był w stanie wykrzesać ze mnie siłę do szybszego biegu,  momentami zbliżaliśmy się do 4:00 km/min. co prawda z górki ale jak na kilkanaście godzin na trasie byłem z nas dumny. Wyprzedziliśmy kilka ekip i do samego końca walczyliśmy o czas. Na Babią wspinaliśmy się już w całkowitej ciemności. Do tego zaczęło padać i mocno wiać. Na szczycie byliśmy kilka minut po czasie. Nie wiedziałem czy zmieściłem się w limicie, bo nie byłem pewny o ile minut opóźnił się start.

Meta

W zasadzie to nawet jeśli te kilka minut okazałoby się że przybyliśmy za późno to w tamtej chwili miałem to gdzieś. Byłem bardzo szczęśliwy że udało mi się dotrzeć na szczyt. Więcej niż połowa startujących tam nie dotarła. Byłem.. jakby to powiedzieć wzruszony :-). W doskonałych humorach, zeszliśmy ze szczytu do schroniska na Markowych Szczawianach, gdzie czekały gratulacje, oklaski, koszulki finiszerów, medal, posiłek i łóżko.

Ten start był dla mnie ogromnie ciekawym doświadczeniem. Sprawił mi wiele satysfakcji z ukończenia (bo jednak okazało się, że zmieściłem się w limicie i zostałem sklasyfikowany). Dziękuję Marcie, Bartkowi i Kamilowi bo bez nich bym na ten szczyt nie dotarł. Do triatlonu raczej nie wrócę, niech ukończeniem Iron Man’a, podniecają się starsi panowie, ja czuję się ciągle młodo…  Diablak okazał się nie taki straszny jak go opisywali, a zabawa była wyśmienita  !