K-B-L, czyli dobrze ale jednak nie do końca.

Zapowiadało się bardzo ciekawie. Skończyło się przeciętnie. Zarówno organizacyjnie, jak i biegowo w moim przypadku. Ale pozwólcie, że zacznę od początku.

K-B-L to bieg w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegowego organizowanego przez tak uznane osoby jak Piotr Hercog. Maraton Gór Stołowych, który organizuje  dorobił się już powszechnego uznania wśród biegaczy. Tym razem z przyjaciółmi zaplanowali coś większego, coś na miarę Festiwalu Biegowego w Krynicy, czy raczej nawet imprezy UTMB North Face’a.

Początkowo myślałem o wystartowaniu w biegu koronnym Festiwalu czyli Bieg 7 Szczytów, jednak choroba, której nabawiłem się  tydzień przed zawodami, zmusiła mnie do zmiany planów i startu właśnie w K-B-L.

K-B-L, czyli skrót od Kłodzko, Bardo, Lądek Zdrój. Bieg o długości około 110 km, z przewyższeniem ok. 3600 metrów Baza zawodów zaplanowana została przez organizatorów w Lądku Zdroju. Małej i urokliwej mieścinie jednak ciągle jeszcze  „pachnącej” atmosferą zakładowych wczasów w uzdrowisku. Impreza zapowiadała się bardzo szumnie, jednak  w porównaniu do Krynicy,  z dużo mniejszym budżetem, co jednak bardzo było  widać. Nie mam nic do zarzucenia organizacji, wszystko było poprawnie, jednak to nie ten rozmach, jaki można zobaczyć w Krynicy.

Start przewidziano na godzinę 20.00, z Kłodzka dokąd uczestników przewiozło kilka autokarów. Trasa KBL to zresztą „druga połówka” najważniejszego biegu czyli wspomnianych wyżej Biegu 7 Szczytów.

Atmosfera na stracie bardzo piknikowa, zaliczam małe lody w miejscowej kawiarni, rozgrzewam się i wreszcie ruszamy.

Trasa wiedzie początkowo pod górę, żeby następie w dół poprowadzić uczestników  w kierunku schroniska Pasterka, gdzie znajduje się pierwszy punkt kontrolny i odżywczy. Teraz już wiem, że ten odcinek pokonałem o wiele za szybko, co miało swoje oczywiste konsekwencje w dalszej częsci biegu. Następny punkt z woda jest na Szczelińcu Wielkim, więc postanawiam tam uzupełnić  moje flaszki na wodę, dlatego  przez Pasterkę przebiegam nie zatrzymując się. Jestem, w pierwszej 10 zawodników. Czyli jednak za szybko.

Przy wspinaczce na Szczeliniec Wielki, zaczynam odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. Pod schroniskiem uzupełniam płyny i ruszam przez Szczeliniec. Wchodzę pomiędzy skały. Jest już zupełnie ciemno. Następne kilkanaście minut to najpiękniejszy fragment trasy. Pozostawił u mnie niezapomniane wrażenia i myślę sobie, że warto wziąć było udział w tym biegu choćby dla tych chwil. Pomiędzy skałami jest bardzo ciemno, stawka zawodników już się rozciągnęła, więc wąskie szczeliny pokonuję zupełnie sam. Jest tajemniczo, pięknie, niemal mistycznie. Biegnę i rozkoszuję się chwilą.

W końcu  zbiegam ze Szczelińca i po kilku minutach, błądzę… Trasa zasadniczo była dobrze oznaczona, ale tu i ówdzie wiatr lub też czynnik ludzki, zerwał niektóre oznaczenia i tam gdzie miałem skręcić, nie skręcam. Błądzę  dobre pół godziny, dołączają następni. Miotamy się w kilka osób to tam to tu. Wreszcie odnajdujemy trasę. Jednak stratę będzie już ciężko odrobić aż do mety.

Teraz niestety zaczyna się mniej ciekawa część trasy, jako że bieg zaplanowano w większej części w nocy, mało co widać.  Mnie tymczasem spotkała przygoda, która   zupełnie pogrzebała moje nadzieję na dobry wynik.  Jako że biegłem z nową czołówką Petzl Nao, nie przewidziałem, że jeśli ustawię na około 7 godzin świecenia  w trybie dynamicznym, to  lampka zgaśnie mi po niewiele ponad 4 godzinach. To wraz z rosnącym zmęczeniem  powoduje u mnie zupełną utratę motywacji. Siadam sam, pośród czarnego lasu i czekam na osoby, które biegną za mną, żebym mógł ruszyć dalej. Wybieram biegacza o podobnym tempie do mojego i trochę bezczelnie podłączam się do niego, żeby cokolwiek widzieć. W tym miejscu,  jeśli czytasz Szanowny Kolego tą relację, pragnę Ci bardzo podziękować za przebiegniętą wspólnie część trasy.

W ten sposób zastaje mnie świt. Zmęczenie jest coraz większe – dają znać o sobie pierwsze przebiegnięte za szybko kilometry. Zwalniam nieco, ponieważ jest już jasno i mogę poruszać się bez mojego świetlnego przewodnika. Docieram do Bardo. I tutaj bardzo miła niespodzianka. Dostaję na punkcie żywieniowym, paczkę pysznych miśków żelowych, takich dosyć kwaśnych, które umilają mi resztę trasy.

A trasa z Bardo niełatwa. Wspinaczka  na Kalwarię to prawdziwa droga krzyżowa. Za mną już ponad 70 km. Do mety ciągle daleko. Kolejne godziny trochę mi się zlewają. Pamiętam, że na ostatnim punkcie żywieniowym, spotykam Kamila Leśniaka (jako wolontariusza), z którym ucinam krótką sympatyczną pogawędkę. To on mnie w zasadzie wyrzuca z punktu i ruszam w ostatnia „prostą” do mety, która tak naprawdę wcale taka prosta i płaska nie jest. Po bliżej nieokreślonym czasie docieram jednakże do mety, co mimo mało satysfakcjonującego wyniku, jest jednak bardzo miłe.

Mój czas: 16h04:43,9 daje mi 25 miejsce, więc w zasadzie dobrze, ale nie do końca bo liczyłem na lepszy wynik, który pogrzebałem na pierwszych kilometrach za bardzo się spiesząc, a „dobiła” mnie nie wypróbowana czołówka gasnąć w samym środku czarnej nocy i czarnego lasu.

Podobnie jak organizacja zawodów. W zasadzie wszystko dobrze i poprawnie, ale czegoś mi brakowało. Być może wrócę za kilka lat. W przyszłym roku czekają nowe wyzwania.