Gdzie jest KIERAT z tamtych lat ?

„Z twarzą mokrą od deszczu
Przeziębnięty, zmęczony
Od złych rzeczy na dole
Jesteś mgłą oddzielony”

Tak kiedyś śpiewał zespół KSU i tak właśnie traktuję KIERAT. Dlatego zawsze do Limanowej przyjeżdżam. Posmakować deszczu, zapachu rosy o świcie no i oczywiście solidnie się zmęczyć. A Kierat potrafi zmęczyć…  Ten bez wątpienia kultowy Międzynarodowy Ekstremalny Maraton Pieszy na orientację  odbywa się zawsze w tej samej formule. Do przejścia lub przebiegnięcia jest 100 km i 3500 metrów pod górę. Nie inaczej było też w tym roku. Chociaż może trochę inaczej…

Budowniczy trasy zawsze kładł duży nacisk na kwestie prawidłowej orientacji. Nawigacja nigdy nie należała do najtrudniejszych ale zawsze (przynajmniej od czasu kiedy ja startuję – 7 raz) należało się porządnie nagłówkować, żeby wybrać optymalny wariant trasy. A do tego nocą, przy mocnym zmęczeniu, zawsze łatwo było zabłądzić, co zresztą wielokrotnie mi się zdarzało. Ale w tym tkwił cały urok tych zawodów. W tym roku warianty okazały się oczywiste. Niestety.

11235334_10203597416248516_7026832723820160616_n

Wszystko zaczęło się w Miejskim Parku w pobliżu rynku o godzinie 18.00 w piątek. Jak zawsze ruszyliśmy na początku Linią Obowiązkowego Przejścia w stronę gór. I już tutaj czekała mnie pierwsza niespodzianka, niektórzy zawodnicy – a raczej całkiem spora ich grupa postanowiła skrócić sobie drogę i nie zastsowali się do narzuconej przez organizatora trasy na pierwszych kilometrach. Cóż takie czasy nawet w bieganiu, jak można kogoś innego oszukać to znajdą się tacy co to zrobią.

Zacząłem z bratem ostrożnie, a przynajmniej tak mi się wydawało.  Mimo to zaliczyliśmy małą wtopę już przed pierwszym PK, który usytuowano na pd-zach od miasta. Ze zdziwieniem zatem stwierdziłem że podbiliśmy się na 11 pozycji. Dalej trasa wiodła w kierunku Słupnic i Tymbarku.  Przebiegliśmy zatem jeszcze przez miasteczka przed zmierzchem. Wówczas pojawiła się jednak moja pierwsza wątpliwość. W zasadzie nie wyciągam kompasu i do tego biegnę prawie wyłącznie asfaltem. Jak się okazało tak już zostało prawie do końca.  Z Tymbarku czekało na uczestników strome podejście w kierunku Kostrza, a potem droga na wschód w kierunku Kamionnej, gdzie zlokalizowano PK 4.

Jak na razie szło nieźle. Nie spieszyłem się bardzo ale i starałem nie ociągać. Po drodze rozstałem się z bratem, który podążył własną drogą i w okolicach 20-25 miejsca dotarłem do schroniska PTSM w Rozdziele.  Tam uzupełniłem wodę w bidonach i ruszyłem na północ w kierunku półmetka w Gopodzie pod Kamieniem – PK 8. Zaraz za schroniskiem dwie nie-uczestniczki, zaoferowały mi łyk półsłodkiego-wytrawnego białego  napoju, co dodało mi animuszu na podejście pod PK6 – dzięki ! Na zegarku jednak było już więcej kilometrów niż powinno. Coś przydługa ta trasa…

kierat 2015

foto: Radosław Kolkowski

W połowie trasy znalazłem się po 7 godzinach. Czas dobry, ale zmęczenie też się wzmagało. Myślałem że  w połowie zjem coś treściwego, bo jak dotąd na samych żelach biegłem. Żele Etixx są pyszne i odżywcze ale coś ciepłego na żołądek też dobrze wrzucić. Niestety na punkcie były tylko barszcz i żurek w proszku do zalania wrzątkiem, więc zadowoliłem się herbatą.

Kilka minut odetchnąłem i ruszyłem dalej. Druga połówka jak się okazało była już jednak znacznie wolniejsza. Kilometry się dłużyły, asfaltowe ścieżki ciągnęły w nieskończoność.  Pochmurna pogoda sprawiła, że świt nie był tak radosny jak zawsze. Nie wstało słońce, po prostu zrobiło się jasno. Pomimo tego zdarzyły mi się dwa błędy nawigacyjne, co skutecznie mnie spowolniło i sprawiło, że dojście pierwszej 15 czy nawet 20 okazało się juz do końca niemożliwe. Pierwszy z błędów przydarzył mi się na podejściu na PK 12, drugi na PK 13.  Potem – do mety już na szczęście było wszystko w porządku.  Po PK 13 droga znów się dłużyła i znów mnóstwo było asfaltu, a znalezienie punktów nie wymagało wyciągania kompasu. Zegarek wskazywał, że pomimo dobrej pogody (lekki deszcz) i prostej w miarę trasy ani 15 h, ani nawet 16 h nie uda mi się złamać. Z takimi myślami dotarłem na początek najtrudniejszego podejścia na trasie, prowadzącego na Jaworz. Powolutku , bardzo powolutku do góry. Ale za to stamtąd już prosto do mety.

11214073_501696973317945_6322382936794962117_n

Kiedy miałem już to za sobą zaczął się ostatni , długi ok. 9 km zbieg. Postanowiłem nie biec niebieskim szlakiem, ale dostać się na metę na przełaj. Okazało się to dobrą decyzją. Ostatni fragment (Jaworz-meta), zajął mi mniej niż 90 minut. I tak oto po 17 godzinach i 4 minutach osiągnąłem Siwy Brzeg, czyli tradycyjną metę. Ukończyłem 4 raz KIERAT, ale do najlepszego mojego wyniku (11 miejsce) nie udało mi się zbliżyć.

Przyczyn tego jest kilka. Przede wszystkim ostatni miesiąc to intensywne starty: 12 h w Rudzie, Duathlon, Koniczynka Marathon, nogi to jeszcze „czują”. Po drugie zima nie była przepracowana tak jak powinna, a to wszystko akurat na setce wychodzi, po trzecie przebiegłem nie 100 a prawie 115  km dla porównania w 2011 roku, kiedy zrobiłem Kierat w 16 h, wyszło jedynie 99 km.  Ale taki wybór drogi się narzucał, łatwiej a przede wszystkim szybciej było obiec asfaltem, niż brnąć w lesie, by nadrobić 1-2 km. Nieszkodzi, z założenia miał to być taki ostatni długi trening przed Dragon’s Back Race , już za miesiąc.

Kierat jednak, jak zawsze powtarzam, ma w sobie to coś. Coś co sprawia, że znów tu przyjadę w następnych latach. Mam nadzieję że tym razem na porządne bno, po najbardziej gęstych krzakach i lasach Beskidu Wyspowego.

11127714_10203610406013252_7907582197586123998_n