Dzień 3 , czyli Smok mnie zjada.

Od samego rana czułem sie lepiej niż wczoraj. Pozwoliłem nogom nieść się przed siebie. Zaczynało się jak zwykle potężnym wzgórzem na wierzchołek którego trzeba było dotrzeć by przywitać kolejny dzień. Przyłożyć mały plastikowy chlip do czytnika który tam ktoś wcześniej umieścił. Zawsze na samym wierzchołku. Zastanawiałem się kto i kiedy tam się wdrapał żeby to plastikowe pudełeczko umieścić na kamieniu wyznaczającym wierzchołek wzgórza.  Czy wdrapał się tam poprzedniego dnia czy dzisiaj o świcie.

Szczyt powoli wyłaniał się i przybliżał na tyle ze po jakimś czasie widziałem już charakterystyczne pomarańczowo – białe oznaczenie punktu kontrolnego. Nagroda za wysiłek włożony w podejście. Ulga w pokonaniu kolejnego odcinka. Obietnica tego że do mety coraz bliżej. Tego dnia takich punktów miało być 10.

 ***

iancorless.com_DragonsBack2015Day3-6682

fot. Ian Corless

Zapomniałem zabrać z domu przygotowany power bank wiec od wczoraj biegłem bez zegarka. Nie czułem jednak potrzeby by wiedzieć która jest dokładnie godzina. Pierwszego dnia przydawał się do kontroli wysokości. Ten pomiar odgrywał tutaj role dużo bardziej użyteczną niż pomiar odległości. Ale i tak miał znacznie bardziej psychologiczne. Po prostu odmierzał kolejne metry nad poziomem morza. Nadawał rytm moim krokom. Ta wędrówka to zdecydowanie bardziej poruszanie się w płaszczyźnie pionowej niż poziomej. Wznoszenie się i opadanie w dolinę.

Wiele osób miało nawigacje z mapami co na pewno było bardzo użyteczne, ale u tych najlepszych , którzy biegli najszybciej próżno szukać skomplikowanej nawigacji. Tylko kompas. Kiedy ja stałem na jednym ze szczytów z mapą, wpatrując się w horyzont i zastanawiając się jaki obrać najlepszy  kierunek na zejście, obok przemknęła grupa liderów. Podbili wszyscy w trójkę punkt, a dziewczyna rzuciła krótkie : 220. I pognali w dół stromego stoku, zostawiając mnie tam z mapą w jednej ręce i kompasem w drugiej. Zanim samemu ustaliłem że podany przed chwilą przez zawodniczkę kierunek południowy – zachód ( na kompasie 220 stopni) jest rzeczywiście prawidłowy ich sylwetki zmalały daleko w dole.

iancorless.com_DragonsBack2015Day3-7183

fot. Ian Corless

Nie mierzył mi więc czasu żaden przyrząd a czas chwilami jakby nie istniał. Jego upływ widoczny był wraz z przechadzającymi się po niebie chmurami. Nie minuty odmierzały rytm dnia ale kolejne wzgórza. Kiedy osiągałem kolejny punkt na kolejnym szczycie oznaczało to że zaraz zacznie się karkołomne zejście daleko w dół. Z 800 metrów na 100 by zaraz znów wznieść się o kolejne 600-700 metrów w górę. I to wszystko czasem na przestrzeni kilometra lub dwóch. Istny rollercoaster. Czas upływał wiec w rytmie zgodnym z tym falowaniem wzgórz. Kiedy pokonywałem jedno mogłem być pewny ze za nim jest kolejne tak samo strome, majestatyczne i niedostępne bo nie prowadziła na nie żadna ścieżka lub w najlepszym razie tylko taka wydeptana przez owce. Nie rozmyślałem więc o kolejnych godzinach bo i ich wcale nie czułem. Poddałem się tej podróży raz będąc w gorze ponad chmurami innym razem pędząc w dół po skalnych urwiskach . Rzeczywistość w której są tylko góry i Twoja wola ich pokonania. Jednej za drugą. Nieustająca podróż. Jakby tak miało być zawsze.

W drodze na punkt … mijający mnie zawodnicy wspomnieli jednak o godzinie. 14.30 zabrzmiało jak wyrok. Wyrwało mnie z cudnego odrętwienia. Przebudziło z wędrówki w której czas był niezauważalny.

Nie zrozumcie mnie źle – nie spacerowałem tam z głową w chmurach. Starałem się pokonywać trasę jak najszybciej, biec wszędzie gdzie to było możliwe . Ale godzina 14.30 oznaczała, że od startu minęło 8 godzin.

Na każdym etapie gdzieś za połową był jeden punkt kontrolny na którym znajdował się przepak i limit czasu . Dzisiaj rano podczas rozdawania map organizator oznajmił ze limit który był pierwotnej wyznaczony na 17.10 zostaje skrócony o 40 minut. Uzasadniając to tym by żaden z uczestników nie błąkał się po zmierzchu po trasie. Nie przejąłem się wówczas tym bardzo bo na limity czasu na żadnych  zawodach nigdy nie musiałem zwracać uwagi. Ale do były zawody zdecydowanie odmienne niż wszystkie inne. Nie przejąłem się też bardzo nowym limitem w czasie biegu. Czułem się lepiej niż drugiego dnia i wszystkie płaskie odcinki biegłem wyprzedzając wielu zawodników. Dlatego kiedy dowiedziałem się która godzina, przeszyła mnie lodowata myśl ze to może być koniec. Najmniej spodziewany koniec tego biegu, którego wcześniej nie brałem pod uwagę. Dwie godziny do końca limitu. Po lewej ręce solidne wzgórze do pokonania, potem zejście w dół i ok 8 km do punktu w linii prostej wiec pewnie jakieś 10-12. Nie wyobrażałem sobie ze jest tak późno. Musiałbym mocno przyspieszyć. Postanowiłem nie poddawać się bez walki. Pomyślałem ze będzie co ma być ale najlepiej jak najszybciej wdrapać się na to wzgórze i ruszyć w kierunku punktu.

iancorless.com_DragonsBack2015Day3-7308

fot. Ian Corless

Gdzieś w głębi duszy jednak czaiło się uczucie ze być może to koniec. Ulga i możliwość odpoczęcia. Ale mocniejsza  jednak była chęć kontynuowania i ukończenia zawodów. Zrywałem się w związku z tym do biegu ale zmęczone mięśnie nie ułatwiały sprawy. Rozmyślałem nad tym jak ważna role w takich sytuacjach odgrywa przesunięcie granicy bólu. Żeby uzyskać większe tempo trzeba ta granice przesunąć . Przede mną jeszcze dużo pracy. Po jakimś czasie zbiegłem do miasteczka w którym był punkt. Zaczął się asfalt – jakieś 2 km do punktu. Dogoniłem zawodnika przede mną.. Wskazał na zegarek. Była 16.35. Pięc minut po limicie. Nie do końca chciałem mu wierzyć. Myślałem też ze skoro organizator jedną decyzją skrócił limit to może drugą decyzją go z powrotem wydłużyć. Te dwa kilometry biegłem. Kiedy odbiłem chip, na zegarku sędziego była 16.54. 24 minuty po czasie wg nowego limitu. 16 minut przed pierwotnie ustalonym limitem. Sędzia zaproponował mi odwiezienie do bazy…

Moja podróż dobiegła końca w najmniej spodziewany sposób…